Niedoszła narzeczona odeszła krokiem obrażonej królowej do pokoju; jej towarzyszka była bledsza i bardziej przejęta od niej.
W pokoju Eugenia zaryglowała drzwi, a Luiza osunęła się na krzesło.
— O mój Boże! Mój Boże! Ależ to okropne! — zawołała młoda artystka. — Kto by się tego spodziewał? Pan Andrea Cavalcanti... morderca... zbiegły więzień... galernik!...
Usta Eugenii wykrzywił ironiczny uśmiech.
— Cóż, to mi było przeznaczone — rzekła. — Uciekłam Morcerfowi, a trafiłam na Cavalcantiego!
— O, nie porównujże ich!
— Bądź cicho. Wszyscy mężczyźni są nikczemni. Bardzo się cieszę, że teraz mogę już nie tylko brzydzić się nimi, ale też nimi pogardzać.
— I co zrobimy? — zapytała Luiza.
— Co zrobimy? To samo, co miałyśmy zrobić za trzy dni... Wyjedziemy.
— Nadal tego chcesz, choć już nie musisz wyjść za mąż?...