— O, ślicznie ci w tym — powtarzała Luiza, patrząc z zachwytem — ale gdzie podziejesz te piękne czarne włosy, te cudowne warkocze, których ci zazdrościły wszystkie kobiety? Chyba się nie zmieszczą pod cylindrem.

— Zaraz zobaczysz.

I ujmując w lewą rękę warkocz tak gruby, że z trudem obejmowały go jej palce, w prawą wzięła długie nożyczki, przechyliła się w tył, aby uchronić surdut — zazgrzytały nożyczki i bujne, wspaniałe włosy upadły do stóp dziewczyny. Następnie przycięła sobie włosy na skroniach; nie okazywała przy tym najmniejszego żalu, przeciwnie — pod czarnymi jak heban brwiami tańczyły jej w oczach iskierki radości.

— O! Takie śliczne włosy! — zawołała z żalem Luiza.

— Czyż tak nie jest mi sto razy lepiej? — wykrzyknęła Eugenia przygładzając niesforne, krótkie kędziory. — Nie wydaje ci się, że teraz jestem piękniejsza?

— O, ty jesteś zawsze piękna! A teraz gdzie pojedziemy?

— Do Brukseli — tak najbliżej do granicy. Z Brukseli udamy się do Liège, Akwizgranu, a potem Renem do Strasburga. Przejedziemy przez Szwajcarię i dostaniemy się do Włoch przez Przełęcz Świętego Gotarda. Może być taki plan?

— Ależ tak.

— Na co tak patrzysz?

— Na ciebie. Naprawdę, ślicznie wyglądasz. Ktoś mógłby pomyśleć, że mnie porywasz.