I przyciskając kolanem wieko wytężyła białe mocne ręce, aż je docisnęła, a Luiza zatrzasnęła kłódkę.

Ukończywszy tę operację, Eugenia otwarła kluczem komodę i wyjęła z niej watowany płaszcz podróżny z fioletowego jedwabiu.

— Patrz — rzekła — widzisz, że pamiętałam o wszystkim? W tym na pewno nie będzie ci zimno.

— A ty?

— Wiesz dobrze, że mnie nigdy nie jest zimno; zresztą w męskim ubraniu...

— Tu chcesz się przebrać?

— Naturalnie.

— Ale zdążysz?

— O nic się nie martw, tchórzu jeden. Cała służba gada o tej aferze. Zresztą, cóż w tym dziwnego, że się zamknęłam? Każdy myśli, że jestem zrozpaczona.

I z tej samej szuflady, skąd wyjęła płaszcz dla Luizy (Luiza zdążyła go już sobie narzucić na ramiona), wyciągnęła kompletny strój męski. Z szybkością dowodzącą, że nie pierwszy raz przywdziewała dla zabawy męskie ubranie, Eugenia włożyła buty, wciągnęła spodnie, zawiązała halsztuk, zapięła pod szyję kamizelkę i ubrała surdut, który podkreślał jej smukłą kibić.