— To podstęp — odszepnęła Eugenia — bo ta praczka, co nam pomaga za dwadzieścia ludwików, może nas zdradzić za czterdzieści. Na bulwarze pojedziemy w innym kierunku.

I dziewczyna wskoczyła, nie dotykając prawie stopni do powozu, w którym urządzono wygodne posłania.

— Ty zawsze masz rację — rzekła Luiza, siadając obok przyjaciółki.

Kwadrans później pocztylion, zwrócony na właściwą drogę, mijał trzaskając z bicza rogatkę Saint-Martin.

— Uff — odetchnęła Luiza — już jesteśmy za Paryżem!

— O tak, kochaniutka, porwanie się udało.

— No tak; i jeszcze obyło się bez przemocy.

— W razie czego będzie to dla mnie okoliczność łagodząca — odparła Eugenia.

Słowa te zagubiły się w turkocie kół toczących się po bruku la Villette.

Pan Danglars nie miał już córki.