97. Oberża pod Dzwonem i Flaszką

Zostawmy na chwilę pannę Danglars i jej przyjaciółkę na drodze do Brukseli, a powróćmy do nieszczęsnego pana Andrei Cavalcanti, od którego szczęście odwróciło się w szczytowym momencie jego kariery.

Chłopiec ów mimo swojego młodego wieku był wyjątkowo zmyślnym i inteligentnym filutem. Widzieliśmy, jak przy pierwszych słowach Monte Christa zaczął małymi kroczkami wycofywać się w kierunku drzwi; minął dwa pokoje — i zniknął.

Pominęliśmy jednak pewien istotny szczegół, o którym należy wspomnieć: w jednym z pokojów, przez które przechodził, znajdowała się wyprawa jego narzeczonej; leżały tam diamentowe brosze, kaszmirowe szale, koronki z Valenciennes, angielskie woale; słowem wszystko to, co pociąga dziewczęce serca i napełnia je radością.

Otóż Andrea zabrał ze sobą najkosztowniejsze z klejnotów, co dowodzi, że był nie tylko chłopcem zmyślnym i inteligentnym, ale do tego przewidującym.

Zaopatrzony na drogę takim wiatykiem, poczuł się o połowę lżejszy i zręcznie wyskakując przez okno, z łatwością umknął żandarmom.

Rosły, zgrabny niczym starożytny gladiator, muskularny jak Spartanin, biegł przez ponad kwadrans zupełnie na oślep, chcąc oddalić się jak najbardziej od miejsca, w którym groziło mu niebezpieczeństwo.

Biegł z ulicy du Mont-Blanc w stronę rogatek, wyczuwał je złodziejskim instynktem jak koń czuje stajnię; i tak znalazł się u wylotu ulicy Lafayette’a. Tu dopiero przystanął, mocno zadyszany.

Był sam. Na lewo rozciągała się pusta przestrzeń ogrodu Świętego Łazarza, na prawo — otchłań Paryża.

— Jestem zgubiony? — zastanowił się. — Nie, jeśli wykażę się większym sprytem niż moi nieprzyjaciele. Moje ocalenie to kwestia sekund, jak w biegu do mety.