W tej chwili dostrzegł nadjeżdżający od strony przedmieścia Poissonnière jednokonny kabriolet. Woźnica ponuro palił fajkę, zmierzając zapewne w kierunku przedmieścia Saint-Denis, gdzie widocznie zazwyczaj zatrzymywał się na postoju.

— Hej, przyjacielu! — zawołał Benedetto.

— Co tam, paniczu? — zapytał woźnica.

— Wasz koń bardzo zmęczony?

— Zmęczony? Niby po czym? Przez cały boży dzień zrobił tylko cztery marne kursy. Siedem franków zarobku i dwadzieścia sous napiwku, a pryncypałowi muszę oddać dziesięć franków.

— Może chcielibyście do tych siedmiu franków zarobić jeszcze dwadzieścia?

— Z przyjemnością, paniczu, dwadzieścia franków drogą nie chodzi. A co mam zrobić?

— Nic szczególnego. O ile twój koń nie jest zmęczony.

— Ii, poleci jak zefir, tylko niech pan powie, w którą stronę.

— W stronę Louvres.