— A wiem, wiem. To ojczyzna ratafii.
— Właśnie. Chodzi o to, żeby dogonić mojego przyjaciela, z którym mam być jutro na polowaniu w Chapelle-en-Serval. Miał wpół do dwunastej czekać tutaj na mnie w swoim powozie, tymczasem jest już północ. Zniecierpliwił się pewnie i odjechał sam.
— A to możliwe.
— To co, spróbujecie go dogonić?
— Bardzo chętnie.
— Jeśli nie dogonimy go do Bourget, dostaniecie dwadzieścia franków, a jeśli i do Louvres go nie złapiemy, wtedy trzydzieści.
— A jeżeli go dogonimy?
— Czterdzieści! — odparł Andrea po krótkiej chwili wahania, wiedząc jednak, że nic tym nie ryzykuje.
— Zgoda! — rzekł woźnica. — Niech pan siada i w drogę. Prrr...!
Andrea wskoczył do kabrioletu i już po chwili przejeżdżali przez Przedmieście Saint-Martin, minęli rogatki i wjechali w niekończące się uliczki Villette.