Postanowił więc zejść z dachu, ale nie tą samą drogą, tylko przez inny komin.

Poszukał wzrokiem komina, z którego nie wychodził dym, podczołgał się do niego i niedostrzeżony przez nikogo zniknął w otworze.

W tej samej chwili w ścianie ratusza otworzyło się małe okienko i pojawiła się w nim głowa kaprala. Na chwilę głowa ta znieruchomiała, przypominając jedną z głów na reliefach zdobiących budynek, po czym westchnęła z niezadowoleniem i znikła.

Kapral, spokojny i godny jak prawo, które reprezentował, przeszedł przez plac, nie odpowiadając na pytania kłębiącego się tam tłumu i wrócił do hotelu.

— I co? — spytali dwaj żandarmi.

— No cóż, chłopcy, najwidoczniej nasz ptaszek rzeczywiście umknął z samego rana. Ale to nic, roześlemy straże na drogę do Villers-Coterets i Noyon, przeszukamy las i na pewno go złapiemy.

Ledwie zacny funkcjonariusz wypowiedział te słowa tonem właściwym dla każdego kaprala żandarmerii, gdy rozległ się przeraźliwy krzyk i gwałtownie rozdzwonił się dzwonek na dziedzińcu.

— Co tam się dzieje? — zawołał kapral.

— Chyba jakiś podróżny bardzo się spieszy. Spod którego numeru dzwonią? — spytał gospodarz służącego.

— Spod trójki.