Kapral z komisarzem znikli na wewnętrznych schodach. Odprowadziły ich szepty i poruszenie tłumu, który usłyszawszy, co mówił kapral, przekazywał sobie rewelację o poszukiwanym.

Oto co zaszło:

Andrea zręcznie ześliznął się po dwóch trzecich przewodu komina, ale niespodzianie obsunęła mu się noga, i mimo że starał się jakoś chwycić lub oprzeć, zjechał o wiele szybciej i głośniej niż zamierzał. Nic by się nie stało, gdyby pokój był pusty, ale, niestety, ktoś go zajmował.

Hałas obudził dwie kobiety, śpiące w jednym łóżku. Spojrzały w kierunku, skąd dochodził i zobaczyły, jak z otworu komina wyłania się jakiś mężczyzna.

To właśnie jedna z tych kobiet, blondynka, wydała z siebie okropny krzyk, który postawił na nogi cały dom, druga zaś, brunetka, złapała za sznur dzwonka i zaczęła nim z całej siły potrząsać.

Jak widać, Andrea miał pecha.

— Na litość boską! — zawołał blady i półprzytomny, nie widząc nawet, do kogo przemawia. — Na litość boską, nie wołajcie nikogo, ratujcie mnie! Nic złego wam nie zrobię.

— Andrea, morderca! — krzyknęła jedna z kobiet.

— Eugenia! Panna Danglars! — wybełkotał Cavalcanti, zgłupiawszy na dobre.

— Ratunku! Na pomoc! — krzyknęła panna d’Armilly, wyrywając ze znieruchomiałych rąk Eugenii sznurek od dzwonka i szarpiąc nim jeszcze gwałtowniej.