Nazajutrz o dziewiątej wstała i nie zadzwoniwszy nawet na pokojówkę, ubrała się sama z taką samą prostotą jak wczoraj, zeszła po schodach i poszła pieszo aż na ulicę Provence. Tam wsiadła do dorożki i kazała się zawieźć do domu pana de Villefort.
Już od miesiąca ów przeklęty dom przedstawiał okropny widok. Przypominał raczej szpital, w którym ogłoszono dżumę. Niektóre części domu dokładnie pozamykano zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Zamknięte okiennice otwierano tylko na chwilę, by wpuścić trochę świeżego powietrza; pojawiała się wtedy w oknie wylękniona twarz lokaja, po czym okno zatrzaskiwało się z hukiem, jak płyta grobowa opada nad zmarłym. Sąsiedzi szeptali między sobą:
— Czy dziś znowu wyniosą trumnę z domu prokuratora?
Panią Danglars przejął dreszcz na ten posępny widok. Wysiadła z dorożki, na nogach miękkich jak z waty podeszła do zamkniętych drzwi i zadzwoniła.
Dzwonek odezwał się dopiero za trzecim razem. Jego żałobny dźwięk zdawał się wtórować ogólnemu smutkowi. Odźwierny uchylił drzwi, zostawiając tylko wąską szparę.
Dostrzegł kobietę elegancką, kobietę z towarzystwa — a jednak nie otworzył szerzej drzwi.
— No, otwierajcie! — zniecierpliwiła się baronowa.
— Ale muszę najpierw wiedzieć, kim łaskawa pani jest.
— Kim jestem? Przecież znacie mnie dobrze!
— My już nikogo nie znamy.