— Jak widzicie, musi być pilna, skoro jeszcze tu sterczę! Ale dość tego, oto mój bilet wizytowy, zanieś go swojemu panu.

— Zechce pani zaczekać, dopóki nie wrócę.

— Dobrze, zaczekam.

Odźwierny zamknął drzwi i zostawił panią Danglars na ulicy.

Pani Danglars nie czekała jednak długo; po chwili drzwi otwarły się nieco szerzej, wpuszczając ją do środka, po czym natychmiast zamknęły się za nią.

Na dziedzińcu odźwierny, nie spuszczając oka z drzwi, wyjął z kieszeni świstawkę i zagwizdał.

Na ganku pojawił się lokaj pana de Villefort.

— Niech pani raczy wybaczyć temu poczciwcowi — rzekł lokaj do baronowej. — Ale takie odebrał rozkazy i pan de Villefort kazał mi powiedzieć, że odźwierny nie mógł postąpić inaczej.

Na dziedzińcu baronowa zobaczyła dostawcę, który został wpuszczony po zastosowaniu takich samych środków ostrożności, a teraz dokładnie sprawdzano jego towar.

Baronowa weszła na ganek, głęboko poruszona tym wszechogarniającym smutkiem, jaki panował w całym tym domu. Lokaj, nie spuszczając jej z oczu ani na chwilę, zaprowadził ją do gabinetu prokuratora.