— Pan się znęca nad słabszym.

— Słaby, który zabija!

— Jego hańba spadnie też na mój dom.

— A czy mojego domu nie prześladuje śmierć?

— Nie zna pan litości dla innych! Więc powiem panu, że dla pana również nikt nie znajdzie litości!

— I niech tak będzie! — rzekł Villefort, podnosząc groźnie rękę ku niebu.

— Ale gdy go już schwytacie, niech pan przynajmniej odroczy sprawę tego nieszczęśnika na następne posiedzenie sądu przysięgłych. Po sześciu miesiącach ludzie może zapomną.

— Nie mogę — rzekł Villefort. — Mam jeszcze pięć dni, śledztwo już skończone. Pięć dni czasu to i tak za dużo w tym przypadku; a zresztą, czy pani nie rozumie, że ja także chciałbym zagłuszyć czymś moją pamięć? I kiedy pracuję dzień i noc, gdy jestem tak bardzo zajęty, bywają chwile, w których o wszystkim zapominam, nawet o sobie, dopiero wtedy jestem szczęśliwy, jak szczęśliwi bywają umarli. A to zawsze lepsze niż cierpienie.

— On uciekł, niech go pan nie ściga. Obojętność to bardzo łatwa forma łaski.

— Powiedziałem pani, że już za późno. Telegraf nadał rozkazy z samego rana, i w tej chwili...