— Tak.
— To straszne, co pan mówisz, zaraz uwierzę, że dzieje się tu coś szatańskiego. Jak to? Ktoś chce mnie zabić w domu mojego ojca, w moim pokoju, w moim własnym łóżku? Niech pan już wyjdzie, nie mogę w to uwierzyć, bluźnisz pan przeciw dobroci boskiej! To niemożliwe, niemożliwe!
— Czyżbyś, Valentine, byłą pierwszą osobą, którą to spotkało? Nie widziałaś, jak umierali państwo de Saint-Méran i Barrois? A o mały włos umarłby i twój dziadek, gdyby nie kuracja, którą prowadzi od trzech lat, nie uodporniła go na tę truciznę?
— O Boże, czy to dlatego dziadunio od miesiąca zmuszał mnie, żebym razem z nim łykała jego mikstury?
— A czy smakowały gorzko — zawołał Monte Christo — jak podsuszona skórka pomarańczowa?
— Tak, tak!
— Teraz wszystko rozumiem! Czyli on także wie, że jest tu truciciel, a może nawet wie, kim on jest. Uodpornił cię na tę zabójczą substancję, bo kocha cię jak nikogo w świecie, i dlatego nie podziałała za pierwszym razem. Dlatego jeszcze pani żyjesz. A zachodziłem w głowę, jak to możliwe — bo uraczono panią trucizną, która nie daje pardonu.
— Ale kto jest mordercą?
— A nie widziałaś nigdy, jak ktoś przychodzi w nocy do twego pokoju?
— Widziałam. Często zdawało mi się, że jakieś cienie przesuwają się, zbliżają, oddalają, a potem znikają, ale brałam je zawsze za halucynacje spowodowane gorączką. Nawet przed chwilą, gdy przyszedłeś tu pan, długo byłam przekonana, że to moje kolejne urojenia albo sen.