— Ale nie znasz pani osoby, która czyha na twoje życie?
— Nie. Dlaczego ktoś miałby pragnąć mojej śmierci?
— Zaraz się pani o tym dowie — rzekł Monte Christo, nasłuchując.
— Jak to? — spytała Valentine, rozglądając się trwożliwie wokół siebie.
— Ponieważ dzisiaj nie masz gorączki, nie majaczysz, ponieważ dziś nie śpisz, ponieważ oto bije dwunasta, a to godzina morderców.
— Wielki Boże — wyszeptała Valentine, ocierając dłonią pot z czoła.
Istotnie, zegar powoli, żałobnie wybijał godzinę dwunastą, a każde uderzenie spiżowego młoteczka wymierzone był jakby prosto w serce dziewczyny.
— Valentine — ciągnął hrabia — zbierz wszystkie siły, pohamuj bicie serca, nie wydawaj z siebie głosu, udawaj, że śpisz, a wtedy sama zobaczysz.
Valentine chwyciła hrabiego za rękę.
— Chyba słyszę szmer — rzekła. — Niech pan idzie!