— Do zobaczenia — odparł hrabia.

I z uśmiechem tak smutnym i tkliwym, że serce dziewczyny wezbrało wdzięcznością, podszedł na palcach do drzwi biblioteki. Nim jednak drzwi zamknęły się za nim, odwrócił się i rzekł:

— Pamiętaj, ani jednego słowa, żadnego gestu; niech myśli, że śpisz, bo inaczej mogłabyś zginąć, zanim zdążyłbym przyjść ci z pomocą.

I po tym straszliwym ostrzeżeniu hrabia zniknął za drzwiami, które zamknęły się za nim bezszelestnie.

100. Lokusta

Valentine została sama. Północ wybiły jeszcze dwa inne zegary w różnych częściach miasta.

Wreszcie, gdy umilkł jakiś daleki turkot przejeżdżającego powozu, zapadła martwa cisza. Valentine skupiła całą swoją uwagę na wahadle pokojowego zegara, które miarowo wyznaczało mijające minuty. Zaczęła liczyć sekundy i okazało się, że ich rytm był dwakroć wolniejszy od rytmu, w jakim biło jej własne serce. Wciąż jednak wątpiła. Nikomu nie życzyła złego, nie mogła sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł pragnąć jej śmierci; bo i po co? W jakim celu? Komu wyrządziła taką krzywdę, by stał się jej wrogiem?

Nie trzeba się jednak było obawiać, że Valentine zaśnie. Jedna jedyna straszliwa myśl utrzymywała ją w napięciu: jest na świecie ktoś, kto próbował ją zamordować i wciąż nie daje za wygraną. A gdyby teraz ten ktoś, widząc, że trucizna nie daje żadnego skutku, ucieknie się do sztyletu, jak sugerował Monte Christo?... Gdyby hrabia nie zdążył dobiec... Gdyby miała za chwilę umrzeć... Gdyby miała już nigdy nie ujrzeć Maksymiliana... Na tę myśl znowu śmiertelnie pobladła, a na twarz wystąpił jej zimny pot, tak że już prawie chwytała za sznurek dzwonka, by wołać o pomoc. Ale wydało jej się, że przez drzwi biblioteki widzi roziskrzone spojrzenie hrabiego. Spojrzenie, o którym się nie zapomina. I zawstydziła się tak straszliwie, że jęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek uczucie wdzięczności pokona w niej uraz do hrabiego za tak niedyskretną pomoc.

Upłynęło dwadzieścia minut, dwadzieścia minut, które zdawały się wiecznością. Minęło kolejnych dziesięć. Wreszcie zegar wydzwonił wpół do pierwszej.

W tejże chwili rozległo się delikatne drapanie w drzwi biblioteki, które przypomniało Valentine, że hrabia czuwa i że ona także ma czuwać. Wydało się, że z przeciwnej strony, jakby z pokoiku Edwardka, zaskrzypiał parkiet. Wytężyła słuch, stłumiła oddech.