Klamka skrzypnęła, drzwi odwróciły się w zawiasach. Valentine, oparta na łokciu, w ostatniej chwili zdążyła opaść na łóżko i zasłonić twarz ramieniem, drżąca, wzburzona, ze ściśniętym z przerażenia sercem czekała. Ktoś zbliżył się do łóżka i musnął firankę.
Valentine zebrała wszystkie siły, by oddychać spokojnie i miarowo jak we śnie.
— Valentine! — rozległ się szept.
Dziewczyna zadrżała, ale nie odezwała się.
— Valentine! — szepnął ktoś znowu.
Milczenie. Valentine przyrzekła, że nie da znaku życia.
W pokoju znów zapadła cisza. Valentine usłyszała tylko, jak do szklanki, którą niedawno opróżniła, spływa płyn. Dopiero teraz odważyła się uchylić powiekę i spojrzeć spod ramienia. Kobieta w białym peniuarze przelewała do szklanki płyn z buteleczki. Być może w czasie tej krótkiej chwili Valentine wstrzymała oddech, a może poruszyła się nieświadomie — w każdym razie zaniepokojona kobieta zatrzymała się i pochyliła nad łóżkiem, aby sprawdzić, czy dziewczyna aby na pewno śpi.
Była to pani de Villefort.
Poznawszy macochę Valentine drgnęła tak gwałtownie, że poruszyło się także łóżko.
Pani de Villefort wycofała się natychmiast pod ścianę i schowana w ten sposób za kotarą łóżka, stanęła milcząca, obserwując z natężoną uwagą Valentine.