Dziewczyna przypomniała sobie straszliwe słowa hrabiego. Wydało jej się, że w ręku, w którym przed chwilą widziała buteleczkę z trucizną, połyskuje w tej chwili jakby długi, ostry nóż. Opanowała się jednak całą siłą woli i przymknęła oczy. Ale wzrok, ten najstrachliwszy ze zmysłów, choć przymknięcie oczu jest przecież rzeczą tak prostą, nie dał się ujarzmić: ciekawość siłą rozwarła dziewczynie powieki.

Upewniona ciszą i jednostajnym oddechem Valentine, sądząc że pasierbica pogrążona jest w głębokim śnie, pani de Villefort wyciągnęła rękę i w cieniu kotary łóżka wylała resztę płynu z buteleczki do szklanki Valentine. I odeszła tak cicho, że najmniejszy szmer nie uprzedził o tym Valentine. Widziała tylko, że znikło ramię. Śliczne, krągłe ramię dwudziestopięcioletniej kobiety, niosące śmierć.

Trudno wyrazić, co Valentine przeżyła przez te półtorej minuty, kiedy pani de Villefort była w jej pokoju. Z osłupienia wyrwało ją drapanie w drzwi biblioteki. Podniosła z wysiłkiem głowę.

Drzwi otwarły się bezszelestnie i ponownie ukazał się Monte Christo.

— I co? — zapytał hrabia. — Jeszcze wątpisz, Valentine?

— O Boże! — wyszeptała dziewczyna.

— Widziałaś pani?

Valentine jęknęła.

— Tak, ale jeszcze nie mogę uwierzyć.

— Wolisz więc umrzeć i zabić Maksymiliana?