— O Boże! — odezwała się niemal nieprzytomnie. — Czy nie mogę uciec z tego domu?

— Valentine, ręka, która cię ściga, dosięgnie cię wszędzie; garściami złota opłaci twoich służących — i śmierć będzie na ciebie czyhać pod różnymi postaciami; znajdziesz ją w wodzie, której się napijesz ze źródła, i w owocu, który zerwiesz z drzewa.

— Ale sam pan mówił przed chwilą, że dzięki ostrożności dziadka jestem już uodporniona na truciznę?

— Jesteś uodporniona na truciznę, ale nie na dużą jej ilość. Zmienią truciznę albo zwiększą dawkę.

Podniósł szklankę do ust i umoczył wargi w płynie.

— Proszę — rzekł. — Jest tak, jak powiedziałem. Nie truje cię już brucyną, ale zwyczajnym narkotykiem. Poznaję alkohol, w którym go rozpuszczono. Gdybyś wypiła to, co ci nalała pani de Villefort, byłabyś zgubiona.

— Ale na Boga! — zawołała dziewczyna. — Czemuż ta kobieta mnie prześladuje?

— Jak to? Jesteś tak dobra i naiwna, że jeszcze tego nie pojęłaś?

— Nie. Nigdy nie zrobiłam jej nic złego.

— Ale jesteś bogata, Valentine. Masz dwieście tysięcy liwrów renty, a tym samym uboższy jest o nie jej syn.