— Dobrze więc! Niech pan mi rozkazuje — rzekła Valentine, a po chwili cichszym głosem dodała:

— O mój Boże miłosierny! Co ze mną będzie?

— Cokolwiek się stanie, niczego się nie bój, Valentine. Nawet jeśli będziesz cierpieć, jeśli stracisz wzrok, słuch i czucie, niczego się nie bój. Nawet jeślibyś się obudziła i nie wiedziała gdzie jesteś, nawet jeśli będzie to grób i trumna, nie bój się. Opanuj się wtedy i powiedz sobie: w tym momencie przyjaciel, ojciec, człowiek, który pragnie szczęścia dla mnie i dla Maksymiliana czuwa nade mną.

— O Boże! Jaka to straszna ostateczność!

— Valentine, czy wolałabyś oskarżyć macochę?

— Wolałabym raczej umrzeć!

— Nie umrzesz i przyrzeknij mi, że cokolwiek się stanie, nie będziesz się skarżyć i nie stracisz nadziei.

— Będę myślała o Maksymilianie.

— Jesteś, Valentine, moją ukochaną córką. Ja jeden mogę cię ocalić i ocalę.

Valentine w najwyższym przerażeniu załamała ręce, czując, że nadeszła chwila, w której musi zwrócić się o siłę do Boga; wzniosła oczy jak do modlitwy i zaczęła szeptać jakieś urywane słowa. Zapomniała, że białe ramiona osłaniają jej jedynie włosy i że pod cienkim batystem nocnej koszulki widać, jak bije jej serce.