Hrabia oparł delikatnie rękę na ramieniu dziewczyny, okrył ją aksamitną narzutą i rzekł, uśmiechając się jak ojciec:

— Dziecko, uwierz w moją życzliwość, jak wierzysz w dobroć Boga i miłość Maksymiliana.

Valentine spojrzała nań z wdzięcznością i uspokoiła się.

Hrabia wyjął z kieszeni kamizelki szmaragdowe pudełko, podniósł złote wieczko i wytrząsnął na dłoń Valentine małą, okrągłą pastylkę wielkości grochu.

Valentine wzięła pastylkę i spojrzała uważnie na hrabiego. Na twarzy tego nieustraszonego opiekuna malował się majestat i niemal boska moc.

Valentine podniosła pastylkę do ust i połknęła.

— Proszę iść — rzekła Valentine. — Przyrzekam, że cokolwiek się stanie, nie będę się bała.

Monte Christo długo jeszcze wpatrywał się w dziewczynę, która powoli zapadała w sen pod wpływem narkotyku, który jej podał. Potem wziął szklankę, trzy czwarte jej zawartości wylał do kominka, aby myślano, że Valentine wypiła trochę płynu i odstawił ją na stolik. Następnie znikł za drzwiami biblioteki, rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie na Valentine, która zasypiała ufnie i słodko niczym anioł u stóp Pana.

101. Valentine

Lampka na kominku w pokoju Valentine powoli się dopalała. Po wodzie pływały jeszcze ostatnie krople oliwy. Na alabastrowym kloszu rysował się coraz bardziej czerwony krąg, a żywy wciąż płomień skwierczał jakby w agonii, rzucając ostatnie blaski.