W tej chwili pani de Villefort, przytrzymując ręką rozchylający się peniuar, odchyliła portierę i zamarła na chwilę w progu, patrząc pytająco na obecnych. Przywołane na siłę łzy zabłysły w jej oczach.

Nagle wyciągnęła ręce i zrobiła szybki krok, a raczej skoczyła do stolika przy łóżku Valentine.

Pan d’Avrigny z ciekawością pochylał się właśnie nad stolikiem, po czym wziął do ręki szklankę, z której — była tego pewna — wylała w nocy resztę zawartości.

W szklance była taka sama ilość płynu, jaką wylała do kominka.

Mniejsze wrażenie zrobiłoby na niej widmo Valentine. Bo i rzeczywiście, kolor płynu był taki sam.

Była to trucizna, a tego lekarz nie mógł nie zauważyć, oglądając ją tak uważnie.

Bóg sprawił cud, by po mordercy, pomimo wszelkich środków ostrożności, jakie powziął, pozostał ślad, pozostał dowód zbrodni.

I gdy pani de Villefort stała nieruchoma jak posąg, a prokurator z twarzą ukrytą w pościeli na łóżku zmarłej nie widział nic, co się wokół niego działo, lekarz podszedł do okna, by dokładniej obejrzeć zawartość szklanki, a umoczywszy palec, skosztował.

— Aha... Więc to już nie brucyna. Sprawdźmy, co to takiego!

Pobiegł do szafy, przeznaczonej na apteczkę, wyjął ze srebrnej kasetki flakon z kwasem azotowym i wpuścił kilka kropel do szklanki z opalizującym napojem, który w tej samej chwili przybrał barwę szkarłatu.