— A! — zawołał lekarz, poruszony niczym sędzia, który odkrył właśnie prawdę, i radosny niczym uczony, co rozwiązał jakieś zagadnienie.

Pani de Villefort odwróciła się. Jej oczy zapłonęły i zgasły. Chwiejnie namacała drzwi i wyszła.

Chwilę później rozległ się głuchy odgłos — ktoś zwalił się na podłogę.

Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, pielęgniarka przyglądała się analizie chemicznej, Villefort zaś wciąż był półprzytomny.

Jedynie pan d’Avrigny nie tracił z oczu pani de Villefort i zauważył, jak nagle wyszła.

Odsunął portierę przy drzwiach; za pokojem Edwardka widać było apartament pani de Villefort — leżała bez ruchu na ziemi.

— Niech pani idzie pomóc pani de Villefort — rzekł do pielęgniarki. — Zdaje się, że zasłabła.

— A panna Valentine? — wybełkotała pielęgniarka.

— Panna Valentine nie potrzebuje już niczyjej pomocy — rzekł lekarz — bo panna Valentine nie żyje.

— Nie żyje! Nie żyje! — westchnął Villefort w paroksyzmie rozpaczy, tym dotkliwszej, że jeszcze nigdy dotąd to kamienne serce nie zaznało takiego bólu.