— Niech pan powie — rzekł Morrel stłumionym głosem — że byłem jej narzeczonym! Niech pan powie, że była moją narzeczoną, jedyną miłością na ziemi! Niech pan powie, że zmarła należy do mnie!
I młodzieniec, opadając z sił, runął na kolana przed łóżkiem dziewczyny, wpijając palce w łóżko. Jego cierpienie było tak przejmujące, że lekarz odwrócił twarz, by ukryć wzruszenie, a Villefort, nie domagając się już tłumaczeń, przyciągnięty magnetyzmem, który popycha nas w stronę tych, co kochali i co opłakują osobę, którą i myśmy kochali, wyciągnął do młodzieńca rękę.
Morrel nic nie widział, ściskał zlodowaciałą rękę Valentine, a że nie mógł zapłakać, jęcząc, gryzł prześcieradło.
Przez jakiś czas w pokoju rozlegały się tylko jęki, łkania i modlitwy. Jednak jeden odgłos wyraźnie górował nad innymi. Był to chrapliwy, rozdzierający pierś oddech Noirtiera. Wreszcie Villefort, najbardziej ze wszystkich opanowany, zabrał głos:
— Mówi pan, że kochał Valentine? Że był pan jej narzeczonym? Nie wiedziałem ani o tej miłości, ani o tym, że byliście po słowie. Ale jako jej ojciec przebaczam, bo widzę, że prawdziwie pan cierpisz. Moje cierpienie jest równie wielkie i nie ma już w moim sercu miejsca na gniew. Ale ten anioł, o którym pan marzył, opuścił ziemię, uwielbienie ludzkie nic dla niego nie znaczy, bo sam wielbi już tylko Boga. Niech pan więc pożegna te smutne szczątki, które tu nam zostały; niech pan weźmie po raz ostatni rękę, o którą pan prosił i pożegna się z nią. Valentine potrzebuje już tylko księdza, by udzielił jej namaszczenia.
— Mylisz się pan — krzyknął Morrel, przyklękając na jedno kolano. Serce rozdarł mu teraz ból, któremu wcześniejsze cierpienie nie mogło się równać. — Mylisz się pan, Valentine umarła taką śmiercią, że potrzebuje nie tylko księdza, ale i mściciela. Pan niech pośle po księdza. Ja zostanę mścicielem.
— Co pan przez to rozumie? — wybełkotał Villefort, przerażony tą nową falą rozpaczy.
— To, że są w panu dwie osoby — odpowiedział Morrel. — Ojciec już się wypłakał. Teraz kolej na prokuratora.
Oczy Noirtiera rozbłysły. Zbliżył się lekarz.
— Wiem dobrze, co mówię — ciągnął młodzieniec, patrząc uważnie na twarze obecnych — i pan wie równie dobrze jak ja, co powiem. Valentine została zamordowana!