Villefort opuścił głowę; d’Avrigny zrobił jeden krok naprzód; Noirtier potwierdzał wzrokiem.

— W czasach, w jakich żyjemy — odezwał się znowu Morrel — nikt nie ginie taką śmiercią, choćby nie był tak młody, tak piękny i czarujący jak Valentine, by nie sprawdzono, dlaczego tak się stało. A więc, panie prokuratorze — dodał porywczo — nie miej litości! Powtarzam: popełniono morderstwo, pan niech szuka zabójcy!

I bezlitosnym wzrokiem patrzył na Villeforta, który z kolei spojrzał pytająco na Noirtiera i na lekarza. Ale zamiast ratunku u obu mężczyzn napotkał takie samo nieubłagane spojrzenie jak u Morrela.

— Tak! — mówił starzec oczyma.

— Oczywiście — rzekł d’Avrigny.

— Proszę pana — odpowiedział Villefort, próbując jeszcze walczyć z tą potrójną siłą woli i z własnymi emocjami — mylisz się pan, w moim domu nikt nie popełnił zbrodni. Prześladuje mnie zły los, Bóg mnie doświadcza; to okropne... Ale nikogo tu nie zamordowano!

Oczy Noirtiera płonęły, a lekarz otwarł usta, chcąc przemówić.

Morrel podniósł rękę, nakazując milczenie.

— A ja panu mówię, że tu jest zabójca! — rzekł cicho, ale jego głos nie stracił akcentu groźby. — To już czwarta ofiara w ciągu czterech miesięcy! Przed czterema dniami ktoś już raz spróbował otruć Valentine i tylko cud oraz przezorność pana Noirtier uchroniły ją od śmierci! Albo dawka trucizny została podwojona, albo zmieniono jej rodzaj i dlatego tym razem poskutkowało! Jestem pewien, że równie dobrze, jak ja, zdajesz pan sobie z tego sprawę, ponieważ ten pan, który tu stoi, już pana o tym uprzedzał — jako lekarz i jako przyjaciel.

— Bredzisz pan! — przerwał Villefort, na próżno usiłując wyrwać się z matni.