— Bredzę! — zawołał Morrel. — A więc niech poświadczy pan d’Avrigny. Proszę go spytać, czy pamięta, co mówił w pańskim ogrodzie, w noc, gdy umarła pani de Saint-Méran. Przekonani, że jesteście zupełnie sami, rozmawialiście panowie o tej okropnej śmierci. Los, o którym pan wspomniał, i Bóg, którego niesprawiedliwie pan oskarża jest winien tylko temu, że pozwolił narodzić się mordercy Valentine!

Villefort i lekarz spojrzeli po sobie.

— Tak, tak, musisz to pan pamiętać — ciągnął Morrel. — Myślałeś pan, że wokół była tylko cisza, ale słowa te dotarły do moich uszu. Już tego wieczora, widząc pańską karygodną pobłażliwość dla rodziny, powinienem był natychmiast donieść o tym władzom. Gdybym to zrobił, nie byłbym dziś współwinny twojej śmierci, moja najdroższa Valentine! Ale dziś winowajca zmieni się w mściciela. To czwarte morderstwo nie budzi już wątpliwości. Jeżeli ojciec cię opuści, Valentine, ja, przysięgam ci, ja sam będę ścigać mordercę.

Ostatnie słowa Morrela uwięzły mu w krtani. I jakby sama natura chciała ulitować się nad tym silnym człowiekiem, którego mogłaby zabić własna energia: piersią Morrela wstrząsnął szloch i łzy trysnęły mu z oczu. Skulił się i upadł z płaczem na kolana przy łóżku Valentine.

Przyszła kolej na lekarza.

— I ja także — odezwał się dobitnie — dołączam się do żądania pana Morrela. Domagam się, by zbrodnia została sprawiedliwie ukarana. Serce mi pęka na samą myśl, że moja tchórzliwa pobłażliwość dodała odwagi mordercy.

— O mój Boże! Mój Boże! — wyjąkał zdruzgotany Villefort.

Morrel podniósł głowę i wyczytał w płonących oczach starca, że chce zabrać głos.

— Pan Noirtier chce mówić — rzekł.

— Tak — potwierdziło dobitnie spojrzenie starca.