— Wiesz pan, kto jest mordercą? — zapytał Morrel.

— Tak — odpowiedział Noirtier.

— I wskażesz go pan nam? — zawołał młodzieniec. — Słuchajmy! Panie d’Avrigny, słuchajmy!

Noirtier spojrzał na Maksymiliana, a w jego oczach czaił się ów melancholijny, łagodny uśmiech, który tak lubiła Valentine. Morrel utkwił w nim baczny wzrok.

Przyciągnąwszy spojrzenie Morrela, skierował oczy ku drzwiom.

— Czy chce pan, bym wyszedł? — zawołał boleśnie Morrel.

— Tak.

— Dlaczego?... Niech pan się nade mną ulituje!...

Oczy starca utkwione były we drzwiach.

— Będę mógł przynajmniej wrócić?