— Tak.
— O! — rzekł Villefort niemal ucieszony, że rozmowa odbędzie się bez świadków. — Możesz pan być spokojny, bardzo dobrze rozumiem ojca.
Ale choć powiedział to, jak wspominaliśmy, niemal z radością, zęby mu dzwoniły. Lekarz wziął Morrela pod rękę i wyprowadził go do sąsiedniego pokoju.
W całym domu zapadła grobowa cisza. Po kwadransie Villefort stanął na progu salonu, w którym czekali lekarz i Morrel, pierwszy zamyślony, drugi w rozpaczy.
— Proszę, panowie — rzekł.
I zaprowadził ich do Noirtiera.
Morrel spojrzał z uwagą na Villeforta.
Prokurator był siny, rdzawe plamy wystąpiły mu na czoło, w palcach miętosił pióro — opadało w strzępach.
— Panowie — rzekł przytłumionym głosem do doktora i Morrela — dajcie mi słowo honoru, że zachowacie tę straszną tajemnicę dla siebie.
Skinęli głowami.