— Zaklinam was, panowie... — ciągnął Villefort.

— Ale... — rzekł Morrel — co ze zbrodniarzem... co z mordercą!

— Nie obawiaj się pan, sprawiedliwości stanie się zadość — rzekł Villefort. — Ojciec wyjawił mi nazwisko winowajcy i pragnie zemsty tak samo jak wy, ale i on zaklina was, żebyście dochowali tajemnicy. Prawda, ojcze?

— Tak — Noirtier kiwnął stanowczo głową.

Morrel zadrżał, zdjęty grozą i niedowierzaniem.

— Proszę pana! — zawołał Villefort, chwytając Maksymiliana za ramię. — Jeżeli mój ojciec, człowiek nieugięty, jak sam pan o tym wiesz, żąda od pana podobnej rzeczy, oznacza to, że Valentine będzie pomszczona! Prawda, ojcze?

Starzec potwierdził.

Villefort ciągnął dalej:

— Zna mnie dobrze, a ja dałem mu słowo. Bądźcie więc panowie spokojni i zaufajcie mi; błagam tylko o trzy dni czasu; sama sprawiedliwość domagałaby się więcej. Po trzech dniach zemszczę się tak, że zadrży nawet człowiek o najtwardszym sercu. Prawda, ojcze?

I mówiąc to, zgrzytał zębami i potrząsał bezwładną ręką starca.