— A czy ta obietnica zostanie dotrzymana, panie Noirtier? — zapytał Morrel, a d’Avrigny spojrzał na starca pytająco.
— Tak — odpowiedział Noirtier; w jego oczach malowała się złowroga radość.
— Niech więc panowie przysięgną — rzekł Villefort, łącząc ręce doktora i Morrela. Niech panowie przysięgną, że ulitujecie się nad honorem mojego domu i że mnie pozostawicie zemstę.
Lekarz odwrócił się i niechętnie, ledwo słyszalnym głosem, wyjąkał zgodę; lecz Morrel wyrwał rękę prokuratorowi, rzucił się na łóżko, przycisnął usta do lodowatych ust Valentine i wybiegł, jęcząc z rozpaczy.
Jak mówiliśmy, w domu nie pozostał ani jeden służący. Pan de Villefort musiał więc poprosić lekarza, aby zajął się wszystkimi delikatnymi formalnościami, jakie w wielkich miastach wiążą się z czyjąś śmiercią, w tym przypadku o tyle trudniejszymi, że śmierć nastąpiła w szczególnych okolicznościach.
Bezgłośna rozpacz Noirtiera budziła wielkie współczucie; nieruchomy starzec mógł tylko ronić łzy.
Villefort wrócił do gabinetu. Lekarz udał się po lekarza urzędowego, który wystawiał akty zgonu. Nazywano go lekarzem umarłych.
Noirtier nie chciał ani na chwilę opuścić wnuczki.
Po pół godzinie pan d’Avrigny wrócił w towarzystwie kolegi. Drzwi od ulicy były zamknięte, a ponieważ odźwierny opuścił dom razem z innymi, wpuścił ich sam Villefort.
Nie miał już jednak siły, by wejść z powrotem do pokoju zmarłej.