Do pokoju Valentine weszli więc sami lekarze.
Noirtier siedział przy łóżku na fotelu, blady, nieruchomy i niemy jak śmierć.
Lekarz umarłych z obojętnością człowieka, który pół życia spędził ze śmiercią, podniósł zasłonę okrywającą dziewczynę i otwarł jej usta.
— Nie ma wątpliwości — westchnął d’Avrigny. — Biedne dziecko nie żyje.
— Tak — odparł lakonicznie lekarz opuszczając prześcieradło na twarz Valentine.
Noirtier wydał z siebie chrapliwe rzężenie.
D’Avrigny odwrócił się — oczy starca błyszczały.
Zacny lekarz zrozumiał, że Noirtier chciałby widzieć swoje dziecko.
Zbliżył się do łóżka i gdy lekarz umarłych dezynfekował palce w chlorowanej wodzie, odsłonił jej cichą i bladą twarz, twarz uśpionego anioła.
W oku Noirtiera zaszkliła się łza, na znak wdzięczności.