— Ja nie spałem wcale — rzekł Villefort, pokazując lekarzowi nietknięte łóżko. — Mnie cierpienie nie zmogło, nie śpię od dwóch nocy! Ale niech pan spojrzy na biurko. Ileż ja napisałem przez te dwa dni i dwie noce! Ileż papierzysk przejrzałem! Opatrzyłem uwagami akt oskarżenia tego mordercy, Benedetto... O moja praco! Ty jesteś moją namiętnością, radością, ty mi pomożesz stłumić cierpienie.
I kurczowo ścisnął rękę doktora.
— Potrzebuje mnie pan jeszcze? — zapytał d’Avrigny.
— Nie, nie. Tylko proszę, niech pan wróci o jedenastej; bo o dwunastej wyrusza... kondukt... Boże! Moje dziecko! Moje najdroższe dziecko!
W prokuratorze budził się człowiek.
— Będzie pan czekał w gościnnym salonie?
— Nie. Jeden z moich kuzynów przyrzekł zastąpić mnie w tej smutnej powinności. Ja, mój doktorze, będę pracować. Kiedy pracuję, zapominam o wszystkim.
Lekarz nie doszedł jeszcze do drzwi, gdy prokurator rzeczywiście zabrał się do pracy.
Na ganku d’Avrigny spotkał owego krewnego, o którym wspomniał Villefort. Osobistość ta, nie odgrywająca żadnej roli w naszym opowiadaniu, podobnie jak i w rodzinie prokuratora, była jedną z tych istot, które już przy urodzeniu otrzymują misję: bądź użyteczny.
Stawił się punktualnie. Ubrany na czarno, z krepą na ramieniu, udał się do swojego dostojnego kuzyna z miną stosowną do okoliczności — która po zakończeniu uroczystości żałobnych miała od razu zniknąć.