O jedenastej na bruku dziedzińca zadudniły koła powozów żałobników, a Przedmieście Saint-Honoré wypełnił szepczący tłum, który ciekawi się zawsze w takim samym stopniu radościami ludzi bogatych, jak i ich smutkami, który z tym samym pośpiechem biegnie za wspaniałym konduktem, jak i za orszakiem weselnym księżniczki.

Salon żałobny powoli zapełniał się. Przybyło tam wielu naszych starych znajomych: Debray, Château-Renaud, Beauchamp i wreszcie wszystkie znakomitości z kręgów sądowych, wojskowych i literackich. Pan de Villefort był bowiem jedną z najważniejszych osobistości w stolicy, nie tylko ze względu na pozycję towarzyską, ale i z uwagi na swoje zalety osobiste.

Krewniak stał przy drzwiach i witał wszystkich. Była to wielka ulga dla gości: sami dość obojętni przyjmowani byli przez równie obojętną osobę, w stosunku do której nie trzeba było silić się na maskę smutku i fałszywe łzy — do czego byliby zobowiązani, mając do czynienia z ojcem, bratem lub narzeczonym zmarłej.

Znajomi witali się, pozdrawiali spojrzeniami i łączyli w grupy. W jednej z nich znaleźli się Debray, Château-Renaud i Beauchamp.

— Biedna dziewczyna! — rzekł Debray spełniając tymi słowami, podobnie jak inni, obowiązek wyrażenia żalu po zmarłej. — Biedna dziewczyna, taka bogata, taka piękna! Przyszło by ci coś takiego do głowy, mój drogi Château-Renaud, kiedy byliśmy tu... kiedy to? Przed trzema czy czterema tygodniami, z okazji intercyzy, która w końcu nie została podpisana.

— Nigdy bym nie pomyślał — odpowiedział Château-Renaud.

— Znałeś ją?

— Rozmawiałem z nią raz czy dwa na balu u pani de Morcerf. Sprawiła na mnie czarujące wrażenie, choć może była nieco melancholijna. A gdzie macocha? Nie wiecie?

— Spędza dzień z żoną tego pana, który nas powitał.

— A kimże on jest?