— Podobno tak — odpowiedział Debray lekko zmieszany. — Ale nie tylko pana de Monte Christo tu brakuje, Morrela też nigdzie nie widać.
— Morrela? A był znajomym Villefortów? — zapytał Château-Renaud.
— Zdaje się, że był przedstawiany tylko pani de Villefort.
— Nieistotne. Powinien przyjść — rzekł Debray. — O czymże będzie gadał dziś wieczorem? Ten pogrzeb to wydarzenie dnia. Ale patrzcie, oto i pan minister sprawiedliwości i wyznań. Na pewno wygłosi jakiś krótki speech do zapłakanego kuzyna.
I trzej panowie podeszli bliżej drzwi, by posłuchać, jak minister sprawiedliwości i wyznań wygłasza swój krótki speech.
Beauchamp nie mylił się.
Gdy spotkał hrabiego de Monte Christo, ów jechał akurat do pałacu Danglarsa przy ulicy Chausse d’Antin.
Bankier spostrzegł z okna, jak powóz hrabiego wjeżdża na dziedziniec i wyszedł, by go przywitać, zasmucony, ale spokojny.
— Źle, kochany hrabio — rzekł, podając rękę panu de Monte Christo. — Przychodzi pan zapewne, żeby mnie pocieszyć. To prawda, nieszczęście spadło na mój dom. Jak tylko pana zobaczyłem, zadałem sobie pytanie, czy nie życzyłem źle tym biednym Morcerfom, bo wtedy sprawdziłoby się przysłowie: kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. E, do licha, przysięgam, nigdy nie życzyłem Morcerfowi źle. Był on może zbyt dumny jak na kogoś, kto tak jak ja zaczął od niczego i wszystko, do czego doszedł, zawdzięczał samemu sobie, ale nikt nie jest idealny. Sam pan hrabia wie, ludzie z naszego pokolenia... ale proszę mi wybaczyć, pan jest młodym człowiekiem... otóż ludzie z naszego pokolenia nie mają w tym roku szczęścia. Weźmy choćby naszego purytanina prokuratora, który właśnie stracił córkę. Policzmy więc: Villefort, dziwną koleją losu powoli traci członków rodziny, zhańbiony Morcerf zabił się; ja znowu okryłem się śmiesznością przez tego łapserdaka Benedetta, a do tego...
— Cóż jeszcze? — zapytał hrabia. — Jakieś nowe nieszczęście?