Wsiadł do powozu i natychmiast kazał się wieźć do banku.

Tymczasem Danglars, tłumiąc niepokój, szedł naprzeciw panu de Boville. Nie musimy dodawać, że na twarzy miał przylepiony swój stereotypowy, uprzejmy uśmiech.

— Witam, zacnego wierzyciela, bo założę się, że w tym charakterze pan przybywa?

— Zgadł pan — rzekł de Boville. — Przytułki przychodzą do pana w mojej osobie. Wdowy i sieroty błagają pana przez moje usta o jałmużnę w wysokości pięciu milionów.

— A mówi się, że trzeba współczuć sierotom! — zażartował Danglars. — Ładne biedactwa!

— Przychodzę w ich imieniu. Zapewne odebrałeś pan wczoraj mój list?

— Owszem.

— A tu przyniosłem pokwitowanie.

— Kochany panie, czy pańskie sierotki i wdowy mogą, jeśli łaska, zaczekać dwadzieścia cztery godziny?... Bo właśnie pan de Monte Christo, z którym zapewne minął się pan... spotkaliście się, panowie, prawda?

— No tak; i co z tego?