Hrabia rozglądał się na prawo i lewo. Jakby kogoś szukał. Wreszcie nie wytrzymał:

— A gdzie jest Morrel? — zapytał. — Czy któryś z panów go nie widział?

— Sami się nad tym zastanawialiśmy, jeszcze w domu zmarłej — rzekł Château-Renaud — bo nikt nigdzie go nie widział.

Wreszcie kondukt dotarł na cmentarz.

Hrabia przeszukał szybko swym sokolim wzrokiem kępy cisów i sosen; wkrótce wypatrzył, że między młode graby wśliznął się jakiś cień. Najwidoczniej rozpoznał ów cień, gdyż uspokoił się.

Wiadomo, jak wygląda pogrzeb w tej wspaniałej nekropolii: grupki czarnych postaci rozsiane po białych alejach, milczenie nieba i ziemi; ciszę przerywa tylko czasem trzask łamanej gałęzi, szelest żywopłotu, o który ktoś się otarł, melancholijny śpiew księży, szloch dochodzący zza wiązanki kwiatów, trzymanej w złożonych dłoniach przez zrozpaczoną kobietę.

Cień dostrzeżony przez hrabiego przemknął się szybko za grobem Heloizy i Abelarda, dołączył do grabarzy, którzy szli przy koniach ciągnących karawan i tak doszedł do miejsca pochówku.

Każdy przyglądał się czemu innemu. Monte Christo patrzył tylko na ów cień, którego poza nim nikt niemal nie zauważył. Dwukrotnie hrabia wybiegał z szeregu, by sprawdzić, czy ręce tego człowieka nie szukają pod surdutem broni.

Gdy kondukt zbliżył się, widać już było wyraźnie, że to Morrel. Sinoblady, z zapadniętymi policzkami, odziany w czarny surdut zapięty aż pod szyję, stał oparty o drzewo na małym wzgórku; stąd grób było widać tak, że nie tracił najmniejszego szczegółu z uroczystości pogrzebowej; w dłoniach trzymał cylinder, mnąc go nerwowo.

Wszystko odbyło się wedle zwyczaju.