Kilku panów, oczywiście takich, których najmniej poruszyła ta śmierć, wygłosiło mowy pogrzebowe. Jedni użalali się nad tą przedwczesną śmiercią; inni rozwodzili się nad cierpieniem ojca; znaleźli się też mówcy pomysłowi, którzy dowodzili, że Valentine niejednokrotnie wypraszała u pana de Villefort łaskę dla winowajców, nad których głową wisiał już miecz sprawiedliwości.
Na koniec wyczerpano już wszystkie kwieciste metafory i żałobne frazesy, nawiązujące do stanz, które Malherbe pisał do Dupériera.
Monte Christo nic nie słyszał, na nic nie patrzył — a właściwie patrzył, ale tylko na Morrela; spokój kapitana przerażał hrabiego, tylko on bowiem wiedział, co naprawdę dzieje się w jego duszy.
— Patrz — rzekł nagle Beauchamp do Debray’a. — Jest Morrel! Ale po kiego diabła tam stoi?
I powiedzieli o tym Château-Renaudowi.
— Jaki blady — zaniepokoił się Château-Renaud.
— Pewnie mu zimno — odparł Debray.
— Nie sądzę — rzekł powoli Château-Renaud. — Myślę, że jest bardzo poruszony. To niezmiernie wrażliwy człowiek.
— E, przecież panny de Villefort prawie nie znał. Sam tak mówiłeś — sprzeciwił się Debray.
— To prawda. Ale przypominam sobie, że na balu u pani de Morcerf tańczył z panną Valentine trzy razy. Na tym balu, na którym wywołałeś pan taką sensację, panie hrabio.