— Nic mi o tym nie wiadomo — odparł Monte Christo nieuważnie, nie patrząc, komu odpowiada, zajęty był bowiem czuwaniem nad Morrelem. Policzki Maksymiliana pokrywała coraz żywsza czerwień, jakby powstrzymywał oddech.
— Mowy pogrzebowe skończone, do widzenia panom — rzekł niespodziewanie hrabia.
I zniknął tak nagle, że nikt nawet nie dostrzegł, w którą stronę odszedł.
Po ceremonii żałobnicy podążyli z powrotem do Paryża. Tylko Château-Renaud rozglądał się jeszcze przez chwilę za Morrelem; ale gdy patrzył, jak odchodzi hrabia, Morrel gdzieś znikł — i Château-Renaud poszedł za Debray’em i Beauchampem.
Monte Christo ukrył się w zaroślach i zza szerokiego grobu śledził Morrela.
Maksymilian szedł wolno ku kaplicy, opuszczonej już przez ciekawskich i grabarzy. Rozejrzał się powoli nieprzytomnym wzrokiem; gdy zwrócił spojrzenie w inną stronę, Monte Christo niepostrzeżenie zbliżył się do niego o jakie dziesięć kroków.
Młodzieniec ukląkł.
Hrabia wyciągnął szyję i patrząc czujnie, jakby spięty do skoku, podkradł się jeszcze bliżej do Morrela.
Morrel oparł czoło o kamień, objął ramionami kratę i wyszeptał:
— Valentine!