— Co robić? — szepnął.

I zastanowił się przez chwilę.

— Zadzwonić? Nie. Dzwonek oznacza wizytę, a to tylko przyspiesza decyzję u ludzi w takiej sytuacji, jak Maksymilian. I wtedy zaraz po dzwonku następuje strzał.

Monte Christo zadrżał. Ale — jako że decydował się zawsze w jednej chwili — uderzył łokciem w szybę i szyba rozprysła się w kawałki. Podniósł firankę i zobaczył, jak Morrel z piórem w ręku podskoczył za biurkiem, gdy posypało się szkło.

— To nic — powiedział hrabia. — Bardzo cię przepraszam, kochany przyjacielu! Pośliznąłem się i uderzyłem ręką w szybę; a skoro już ją wybiłem, to i wejdę do pana, niech pan sobie nie przeszkadza, proszę nie wstawać.

I sięgnąwszy ręką przez otwór po szybie przekręcił klucz i otworzył drzwi.

Morrel wstał z wyraźną niechęcią i wyszedł hrabiemu naprzeciw, raczej po to, by mu zagrodzić drogę, niż go przywitać.

— Do diabła, to wina twoich służących — rzekł Monte Christo, rozcierając sobie łokieć. — Posadzki lśnią u pana jak lustro.

— Nie zranił się pan przypadkiem? — zapytał zimno Morrel.

— E, nie wiem. Ale cóż pan robił? Pisałeś pan coś?