— Och, naprawdę mi to pan przyrzekasz? — zawołał Morrel w uniesieniu.

— Nie przyrzekam, ale przysięgam — rzekł Monte Christo, wznosząc rękę.

— To znaczy, że na swój honor przyrzekasz mi pan, iż jeśli za miesiąc nie znajdę pociechy, pozwolisz mi uczynić ze sobą, co zechcę, i cokolwiek zrobię, nie nazwiesz mnie niewdzięcznikiem?

— Tak, za miesiąc, tego samego dnia, o tej samej godzinie. A to święta data: nie wiem, czy o tym pomyślałeś, że mamy dziś piątego września. Dziesięć lat temu uratowałem twojego ojca, który też chciał umrzeć.

Morrel chwycił ręce hrabiego i ucałował.

Hrabia nie powstrzymywał go.

— Za miesiąc — odezwał się — będziemy siedzieli przy stole, na którym położę ci dobre pistolety i cichą truciznę. Ale obiecujesz mi w zamian, że będziesz żył, że zaczekasz?

— O, teraz ja przysięgam — zawołał Morrel.

Monte Christo przyciągnął go do siebie i długo tulił w objęciach.

— A teraz — rzekł — od dziś zamieszkasz u mnie. Zajmiesz pokoje Hayde: zamiast córki będę miał syna.