W zimie, o wpół do czwartej, dyskretna służąca, która miała pieczę nad tym mieszkaniem, rozpalała ogień; latem o tej samej godzinie przynosiła lody.
O czwartej, jak wspomnieliśmy, zjawiała się tajemnicza osoba. Po dwudziestu minutach od jej przyjścia przed hotelem zatrzymywał się powóz; wysiadała z niego kobieta ubrana na czarno lub w granacie, lecz zawsze zawoalowana; przemykała niczym cień obok recepcji, następnie wchodziła bezszelestnie po schodach.
Nigdy nikt nie pytał, do kogo idzie. Odźwierni nigdy nie dojrzeli twarzy nieznajomej; byli to wprost modelowi odźwierni, wśród całej paryskiej konfraterii odźwiernych chyba jedyni dwaj zdolni do zachowania takiej dyskrecji.
Tajemnicza kobieta zatrzymywała się na pierwszym piętrze. Pukała w umówiony sposób. Drzwi otwierały się i zamykały równie szybko — więcej nie trzeba dodawać.
W ten sam sposób opuszczali hotel. Najpierw wychodziła nieznajoma, tak samo zawoalowana, wsiadała do powozu, który natychmiast znikał raz za jednym, raz za drugim rogiem ulicy. Po dwudziestu minutach wychodził z kolei nieznajomy, skrywając twarz za czerwonym szalem lub chusteczką i znikał za zakrętem.
Nazajutrz po wizycie hrabiego de Monte Christo u Danglarsa, w dzień pogrzebu Valentine, tajemniczy lokator, zamiast jak zwykle o czwartej po południu, przyszedł tym razem o dziesiątej rano. Zaraz za nim, bez zwyczajowego odstępu dwudziestu minut, przyjechała dorożka i zawoalowana kobieta wbiegła na górę.
Drzwi otwarły się i zamknęły. Lecz zanim zdążyły się zamknąć, krzyknęła:
— Lucjanie! Najdroższy!
Usłyszał to niechcący odźwierny i dowiedział się, że lokator ma na imię Lucjan, ale jako wzór odźwiernych obiecał sobie, że nie powie o tym nawet żonie.
— Cóż się stało, najdroższa? — zapytał ten, którego imię zdradziło zdenerwowanie i pośpiech damy. — Mów, mów!