Cela była bielona wapnem, jak to zwykle w więzieniach. Było w niej wesoło, a Andrei zdało się, że znalazł się w raju. Zbytkowne umeblowanie stanowiły piec, łóżko, krzesło i stół. Bertuccio usiadł na krześle, Andrea rzucił się na łóżko.
Strażnik wyszedł.
— No i co — rzekł intendent. — Co mi chcesz powiedzieć?
— A pan?
— Najpierw ty...
— O nie. To pan ma mi coś oznajmić, skoro do mnie przychodzisz.
— Niech i tak będzie. Ciągnąłeś dalej swoje łajdactwa, kradłeś, aż wreszcie zamordowałeś.
— No, jeśli po to przeniosłeś mnie pan do oddzielnej celi, nie trzeba sobie było robić kłopotu. Wiem o tym przecież. Ale są inne sprawy, o których nie wiem nic. Wyjdźmy więc od nich, jeśli łaska. Kto tu pana przysłał?
— Oho ho! Szybki jesteś, mój Benedetto.
— Prawda? No, do rzeczy. Nie traćmy słów na próżno. Kto pana przysyła?