— Co to jest? — spytał Villefort.

— Czekolada.

— Przecież nie prosiłem o nią. Któż to raczył o mnie tak zadbać?

— Jaśnie pani. Mówiła, że jaśnie pan będzie zapewne dziś wygłaszał długie przemówienie w sprawie tego morderstwa i powinien nabrać sił.

I służący postawił pozłacaną filiżankę na stoliku przy kanapie, na którym leżał stos papierzysk, podobnie jak i na innych meblach w tym pokoju. Wyszedł.

Villefort patrzył przez chwilę ponuro na filiżankę, potem porwał ją gwałtownym ruchem i opróżnił jednym haustem. Chciało by się rzec: spodziewał się, że napój jest zatruty — i przyzywa śmierć, aby go uwolniła od obowiązku dużo cięższego niż sama śmierć. Podniósł się i jął przechadzać się po pokoju z uśmiechem, który napawałby strachem, gdyby ktokolwiek mógł go zobaczyć.

Czekolada nie była zatruta, nie wywarła na panu de Villefort żadnego skutku.

Nadeszła godzina śniadania, ale Villefort nie pojawił się przy stole.

Lokaj znowu przyszedł do gabinetu.

— Jaśnie pani kazała panu powiedzieć, że wybiła godzina jedenasta, a posiedzenie ma się rozpocząć o dwunastej.