— Powiedz pani — odpowiedział wreszcie — że chcę z nią pomówić i proszę, aby czekała na mnie u siebie.

— Dobrze, jaśnie panie.

— Potem wrócisz tu ogolić mnie i ubrać.

— Wrócę natychmiast.

Lokaj wyszedł, po chwili wrócił, ogolił Villeforta i ubrał go w uroczystą czerń. A gdy skończył, rzekł:

— Jaśnie pani powiedziała, żeby jaśnie pan przyszedł do niej, jak tylko się pan ubierze.

— Już idę.

I Villefort, trzymając pod pachą akta, a w dłoni cylinder, udał się do apartamentów żony. Przy drzwiach przystanął i otarł chustką pot, który spływał mu z pobladłego czoła. Pchnął drzwi.

Pani de Villefort siedziała na otomanie, kartkując niecierpliwie dzienniki i broszury, które Edwardek wyrywał jej w zabawie z rąk i rozdzierał, nim matka skończyła czytać.

Była ubrana do wyjścia; kapelusz leżał na krześle; nałożyła już rękawiczki.