— Gdzie trzymasz pani truciznę, której zwykle używasz? — wycedził powoli i wyraźnie Villefort, nie siląc się na żadne wstępy.

Pani de Villefort musiała poczuć się jak skowronek, gdy widzi, jak kania zacieśnia nad nim mordercze kręgi. Z piersi wyrwał się jej chrapliwy jęk, ni to westchnienie, ni to krzyk — twarz powlekła jej śmiertelna bladość.

— Mężu... ja... ja nie rozumiem cię.

Paroksyzm trwogi poderwał ją z otomany — i zaraz w drugim paroksyzmie, dużo silniejszym, osunęła się z powrotem.

— Pytałem — odezwał się Villefort całkowicie spokojnym głosem — gdzie trzymasz truciznę, którą zabiłaś moich teściów, Barroisa i Valentine?

— Zastanów się, co ty mówisz?! — zawołała pani de Villefort składając ręce.

— Nie masz pytać, ale odpowiadać.

— Mężowi czy sędziemu? — wybełkotała pani de Villefort.

— Sędziemu, pani, sędziemu!

Był to widok przerażający — pobladłej kobiecie w oczach malowała się trwoga, a dygotała całym ciałem.