— Mężu... mężu... — wyszeptała; i to było wszystko.

— Nie odpowiadasz, pani! — krzyknął groźnym głosem Villefort.

I dodał z uśmiechem bardziej przerażającym niż jego gniew:

— Choć prawda, nie zaprzeczasz.

Pani de Villefort drgnęła.

— I nie mogłabyś zaprzeczyć — ciągnął, wyciągając rękę, jakby chciał ją pochwycić w imieniu sprawiedliwości. — Dokonałaś tych kilku zbrodni z bezwstydną zręcznością, ale mogłaś tym oszukać tylko ludzi, których zaślepiała miłość do ciebie. Od śmierci pani de Saint-Méran wiedziałem, że jest w moim domu truciciel, ostrzegł mnie d’Avrigny. Po śmierci Barroisa moje podejrzenia padły, niech mi to Bóg przebaczy, na anioła; bo podejrzliwość tkwi we mnie z natury. Ale po śmierci Valentine nie miałem już wątpliwości i nie tylko ja. W tej chwili o twojej zbrodni wiedzą dwie osoby, ale wielu się domyśla i niebawem dowiedzą się o tym wszyscy. A jak to pani powiedziałem, mówi do ciebie nie mąż, ale sędzia!

Pani de Villefort zakryła twarz dłońmi.

— Mężu — jęknęła — błagam, nie wierz pozorom!

— Czyżbyś się bała? — zawołał Villefort z pogardą. — No tak, przekonałem się o tym niejednokrotnie, że truciciele są tchórzami. Czyżbyś była pani tchórzem, ty, która miałaś tyle ohydnej odwagi, aby patrzeć, jak umiera dwoje starców i młodziutka dziewczyna?

— Mężu! O mój mężu!...