— No, Beauchamp, skończmy wreszcie mówić o tym, o czym zaczęliśmy. Powiedziałem, że ministrowa prosiła mnie przedwczoraj o jakieś informacje w tej kwestii. Poinformujcie mnie, a ja poinformuję ją.

— A więc, moi panowie, jeżeli ginie się u państwa de Villefort takim pokotem, to znaczy, że w domu jest jakiś morderca!

Debray i Château-Renaud wzdrygnęli się, nieraz bowiem to samo przychodziło im do głowy.

— A kto miałby nim być? — zapytali jednocześnie.

— Mały Edwardek.

Słuchacze parsknęli śmiechem, ale mówcy bynajmniej nie zbiło to z tropu:

— Tak, moi panowie, Edwardek, nadzwyczajne dziecię, które zabija już jak stary.

— Żartujesz sobie?

— E, skąd. Wczoraj zaangażowałem lokaja, który zrezygnował z pracy u Villefortów, słuchajcie uważnie.

— Słuchamy, słuchamy.