— Ile oskarżony ma lat? — powtórzył przewodniczący.

— Dwadzieścia jeden, a raczej skończę dwadzieścia jeden lat za kilka dni, bo urodziłem się w nocy z 27 na 28 września 1817 roku.

Pan de Villefort, który właśnie robił notatki, nagle podniósł głowę.

— Gdzie oskarżony się urodził? — zapytał przewodniczący.

— W Auteuil, pod Paryżem — oznajmił Benedetto.

Pan de Villefort po raz drugi podniósł głowę, spojrzał na Benedetta, tak jakby ujrzał głowę Meduzy, i pobladł śmiertelnie. Benedetto zaś podniósł z wdziękiem do ust róg haftowanej batystowej chusteczki.

— Zawód oskarżonego? — zapytał przewodniczący.

— Najpierw byłem fałszerzem — rzekł Andrea najspokojniej w świecie — potem trudniłem się kradzieżą, a ostatnio mordem.

Na sali rozbrzmiał szmer, a raczej pełna oburzenia wrzawa. Sędziowie spoglądali po sobie w osłupieniu, przysięgli głośno manifestowali swoją odrazę wobec takiego cynizmu, którego nikt nie spodziewał się po tym elegancie.

Pan de Villefort wbił sobie palce w czoło; twarz mu poczerwieniała; nagle zerwał się i rozejrzał się błędnie wokół. Nie mógł złapać tchu.