— Czy pan prokurator szuka czegoś? — zapytał ze swoim najuprzejmiejszym uśmiechem Benedetto.

Pan de Villefort nic nie odrzekł; z powrotem usiadł albo raczej osunął się na fotel.

— Czy teraz oskarżony zechce podać swoje nazwisko? — spytał przewodniczący. — Bezczelna dobitność, z jaką oskarżony wymienił swoje zbrodnie, które nazywa zawodem ów rodzaj dumy, z jaką oskarżony o nich mówi, to obraza moralności. Sąd winien za to surowo oskarżonego upomnieć. Może to dlatego oskarżony zwleka z wymienieniem swojego nazwiska? Chce oskarżony, by jego nazwisko zabrzmiało z całą mocą po tych wszystkich godnościach?

— To nie do wiary — rzekł Benedetto głosem jak najuprzejmiejszym i kłaniając się z wdziękiem — nie do wiary, jak znakomicie pan przewodniczący czyta w mojej duszy. Istotnie, to właśnie dlatego prosiłem pana, abyś zmienił porządek pytań.

Osłupienie sięgnęło szczytu. W słowach oskarżonego nie było już ani fanfaronady ani cynizmu. Poruszone audytorium przeczuwało, że w tych czarnych chmurach czai się grom.

— A zatem, jak się oskarżony nazywa? — spytał przewodniczący.

— Nie mogę wyjawić panu mojego nazwiska, ponieważ sam go nie znam. Ale znam nazwisko mojego ojca i mogę je panu powiedzieć.

Nagły ból ścisnął Villefortowi skronie, zaćmiło mu się w oczach; krople potu spływały mu z twarzy na akta, w które wpijał drżącą konwulsyjnie rękę.

— Niech więc oskarżony powie, kim jest jego ojciec — odezwał się przewodniczący.

Najmniejszy szelest, najlżejszy oddech nie przerywał ciszy na sali: wszyscy zamarli w oczekiwaniu.