— Ojcze, żądają ode mnie dowodów — rzekł Benedetto. — Mam je przedstawić?
— Nie, nie! — wykrztusił pan de Villefort. — Nie trzeba.
— Jak to, nie trzeba? — zawołał przewodniczący. — Ale co to ma znaczyć?
— To znaczy — zawołał prokurator — że na próżno miotałbym się w śmiertelnym uścisku, który mnie miażdży. Jestem w ręku Boga zemsty. Nie trzeba dowodów. To, co oświadczył ten młodzieniec, jest prawdą.
Nastała głucha, ponura cisza, cisza, jaka poprzedza katastrofę; ludziom na sali ze zgrozy zjeżyły się włosy.
— Panie prokuratorze! — zawołał przewodniczący. — Czy pan nie ma aby halucynacji? Chyba odchodzi pan od zmysłów? To zrozumiałe, że tak dziwaczne, niespodziane, straszne oskarżenie mogło panu pomieszać w głowie. No, niechże pan się pozbiera!
Prokurator potrząsnął głową. Szczękał zębami, jakby trawiła go gorączka, ale jego twarz była śmiertelnie blada.
— Panie przewodniczący, jestem przy zdrowych zmysłach — rzekł. — Cierpię tylko, co można łatwo pojąć. Przyznaję się do winy: wszystko, co ten młody człowiek przed chwilą powiedział, jest prawdą. Udaję się do siebie i stawiam się do dyspozycji prokuratora królewskiego, mojego następcy.
Wyrzekłszy te słowa głosem głuchym i zdławionym, pan de Villefort chwiejnym krokiem skierował się ku drzwiom, które woźny machinalnie przed nim otworzył.
Cała sala zamarła w osłupieniu: owo podwójne wyznanie stanowiło straszliwe zakończenie wypadków, które od dwóch tygodni nie przestawały budzić komentarzy wśród paryskiej śmietanki towarzyskiej.