— No cóż — rzekł Beauchamp — niech no mi teraz kto powie, że najstraszniejsze dramaty nie zdarzają się w życiu?
— Do diabła — odezwał się Château-Renaud — wolałbym już skończyć tak, jak pan de Morcerf; strzał z pistoletu wydaje się zupełnie milutki wobec takiej katastrofy.
— Zwłaszcza że zabija — dodał Beauchamp.
— I ja miałem przez chwilę chętkę, aby ożenić się z jego córką! — wzdrygnął się Debray. — Boże, dobrze biedaczka zrobiła, że umarła.
— Posiedzenie skończone — oznajmił przewodniczący. — Sprawa odroczona zostaje do następnej sesji. Śledztwo będzie wznowione i powierzone innemu prokuratorowi.
Andrea, okazując wciąż taki sam spokój, a budząc teraz jeszcze większe zaciekawienie publiczności, opuścił salę, eskortowany przez żandarmów, którzy mimo woli okazywali mu teraz pewne względy.
110. Pokuta
Tłum, choć zwarty, rozstępował się szybko przed panem de Villefort.
Wielkie cierpienie budzi tyle szacunku, że nawet w najsmutniejszych czasach pierwszym odruchem tłumu wobec tych, których spotyka nieszczęście, jest zawsze współczucie. Podczas rozruchów ginie wielu ludzi znienawidzonych, ale nawet gdyby rzeczywiście byli zbrodniarzami, tłum rzadko znieważa tych nieszczęsnych ludzi.
Villefort przebił się przez szeregi widzów, straży i woźnych i oddalił się, bo choć sam przyznał się do winy, chroniło go nieszczęście.